Reklama

Dzieje bembergowców z Inowrocławia

Choć od II wojny światowej dzieli nas sporo lat, to jednak warto troszczyć się o upamiętnienie wydarzeń związanych z tymi czasami, zwłaszcza, gdy dotyczą one mieszkańców naszego miasta.

Takie dzieje to między innymi losy przymusowych robotników z Zakładów Sztucznego Jedwabiu I.P.Bemberg A.G. w Wuppertalu, zwanych potocznie bembergowcami. O losach tych osób mało kto dziś pamięta. Jedną z osób stojących na straży pamięci o minionych wydarzeniach jest łodzianin – dr Julian Kaczmarek, który wraz z koleżanką wojennej niedoli – Krystyną Bartoszewską opisał w sposób niezwykle ciekawy i wzruszający, a czasem nawet z humorem, w formie zbeletryzowanej, tamte czasy w książce pt. „Tak było”, a wspomnienia te mogłyby stać się kanwą ciekawego scenariusza filmowego. Dotyczą one także kilkudziesięcioosobowej grupy inowrocławian, w tym w większości – inowrocławskiej młodzieży. Wszystko zaczęło się w 1940 roku, gdy po wiosennej mobilizacji do Wehrmachtu zakłady I.P Bemberg A.G. znalazły się w trudnej sytuacji kadrowej. Postanowiono wówczas ściągnąć siłą Polaków. Po pierwszy transport – 50 – osobową grupę - przedstawiciele I.P.Bemberg przybyli do Inowrocławia, gdzie łapali i zmuszali do wyjazdu głównie młodych inowrocławian. Wśród tej grupy było mało robotników, dlatego inowrocławianie w życiu obozowym, w którym przeważali robotnicy, zyskali miano „inteligenciaków” , a ich obecność ubarwiała szare, smutne i ciężkie życie w obozie pracy przymusowej. Trzy egzemplarze tej książki zostaną wkrótce przekazane do Biblioteki Miejskiej, a my w naszym portalu chcielibyśmy przedstawić naszym internautom najciekawsze fragmenty tejże historii, które będziemy publikować w odcinkach. Jednocześnie chcemy zachęcić Państwa do przekazywania nam ciekawych wspomnień usłyszanych z ust dziadków, rodziców lub z własnych ciekawych przeżyć, bo przecież taką historię najprzyjemniej się poznaje i zapamiętuje. Być może w ten sposób zebrane wspomnienia utworzą barwną książkę o naszej historii. Fragment 1 – U progu przymusowych robót – „Ochotnicy” (fragment książki „Tak było” K. Bartoszewskiej i J. Kaczmarka, dokumentujący życie robotników przymusowych w Wuppertalu w czasie II wojny światowej). Były to pierwsze dni naszego pobytu na przymusowych robotach w Niemczech. Tego dnia wróciliśmy z nocnej zmiany. Po nieprzespanej nocy, każdy myślał tylko o odpoczynku. Oznajmiono nam jednak, że cała nasza zmiana ma się udać do Polizeipresidium, w celu załatwienia formalności meldunkowych. Grupa trzydziestu robotników, pochodzących z Łodzi została przyjęta w obszernym korytarzu. Po kilku minutach oczekiwania zjawił się urzędnik policji w towarzystwie tłumacza i oznajmił nam, że: do pracy przyjechaliśmy dobrowolnie. Gdy tylko zostało przez tłumacza powiedziane ostatnie słowo „dobrowolnie” , pierwszy z protestem oburzenia rzucił się Klemens Borowiec. W sposób zdecydowany poparli go pozostali. Urzędnik stał wyprostowany z cynicznym uśmiechem na ustach, chociaż gromy biły na nas z jego oczu. Kiedy opadła pierwsza fala gniewu Polacy usłyszeli wolno wypowiedziane zdanie: - „wy tutaj nie macie nic do powiedzenia”. Tak też było do dnia 13 kwietnia 1945 roku. Staliśmy się ludźmi wyjętymi spod prawa – mówiącymi narzędziami pracy – tak jak nazywano w czasach starożytnych niewolników. W chwilę później zaczął nam wyliczać wszystkie zakazy, dotyczące tego czego nam wolno. Trwało to kilka minut. Wreszcie skończył – zapanowało chwilowe milczenie. - Co nam wolno? – padło nieśmiałe pytanie z naszej strony. - Wam wolno tylko tu pracować – zrozumiano?! Ostatnie słowo zostało wypowiedziane z naciskiem. Fotografowanie i pobieranie odcisków palców przebiegło sprawnie. Na zakończenie pobytu otrzymaliśmy po kilka liter „P”, które mieliśmy nosić po prawej stronie, na widocznym miejscu, nie tylko odzieży wyjściowej, ale także w czasie pracy. Przy wyjściu z gmachu Polizeipresidium, jeden z kolegów złośliwie zauważył - Chłopaki! Zapamiętajcie dobrze co nam powiedział pan z policji, że mamy tylko „wolno” pracować. Przy czym słowo: wolno, zostało specjalnie zaakcentowane. Tragikomiczna wesołość rozładowała napiętą sytuację. A jak w rzeczywistości wyglądało dobrowolne zgłaszanie się do pracy w Rzeszy. Józef Wiśniewski, ur. w 1924 r., do wybuchu wojny uczeń drugiej klasy gimnazjum. Wątłej budowy ciała, krótkowidz, od urodzenia był zawsze pod troskliwą opieką rodziców i lekarzy. Późną jesienią 1939 r. zaczął pracować w Inowrocławiu, żeby uchronić się przed wyjazdem na roboty do Niemiec. W czasie ostrej zimy jaka panowała z 1939/1940 rok ciężko chorował. W połowie maja 1940 r. dostał wezwanie do Arbeitsamtu. Tu otrzymał skierowanie na wyjazd do Niemiec w terminie dwudniowym. Na przedstawione świadectwo lekarskie o niezdolności do pracy usłyszał: „To pojedzie ojciec do „kacetu” (skrót – koncentracjonlager)”. Józek bez słowa wziął skierowanie. Przeczytaj fragment 2 Przeczytaj fragment 3 Przeczytaj fragment 4 Przeczytaj fragment 5 Przeczytaj fragment 6 Przeczytaj fragment 7 Przeczytaj fragment 8

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo inowroclaw.info.pl




Reklama