Reklama

Wielka wsypa

Takiego śledztwa bydgoski wydział do zwalczania przestępczości gospodarczej KWP jeszcze nie miał. Podejrzani to znani w Inowrocławiu lekarze, świetni fachowcy z kilkunastoletnim lub ponad 20-letnim stażem pracy, niezarabiający mało. Ich kontrakty opiewały na kwoty 7,5-8 tyś. zł brutto.

Ordynator oddziału ortopedii i chirurgii urazowej - Artur Sz., ortopedzi Jarosław K. i Michał M., chirurdzy Marianna J. (tuż przed emeryturą) i Ali S. Na samym dole drabiny byli tak zwani naganiacze - pielęgniarka Beata S. i ratownik Marcin P. (oboje z izby przyjęć) oraz sanitariusz z pogotowia Dariusz I. Nie wiadomo, ilu w sumie pacjentów "nagonili". Na razie doliczono się blisko trzydziestu, ale śledztwo trwa. Są wśród nich urzędnicy państwowi na kierowniczych stanowiskach, pracownicy fizyczni, bezrobotni. Policja cały czas gromadzi dokumentację i liczy straty ubezpieczalni. Początkowo sądzono, że wyłudzona z kilku towarzystw suma to ok. 40 tysięcy. Z dnia na dzień rośnie jednak liczba uczestników oszustwa i wielkość wyłudzonej kwoty. - Dziś już mamy ponad sto tysięcy i na tym chyba się nie skończy. To był hurt - mówią policjanci. Za stówę wszystko Na pomysł wpadł sanitariusz z kilkunastoletnim stażem, Dariusz L, który pod koniec 2000 r. sam doznał urazu i wystąpił o odszkodowanie. Dzięki znajomości z orzecznikiem załatwił sobie wysokie świadczenie i pomyślał, czemu by nie polecić tego sposobu innym, a przy okazji trochę dorobić. Zaczął działać. Składanie propozycji pacjentom najczęściej odbywało się w izbie przyjęć inowrocławskiego szpitala powiatowego. - Trzeba by coś pomóc, żeby było więcej odszkodowania - polecał się Dariusz I. Następnie zanosił legitymację ubezpieczeniową pacjenta do jednego z dwóch znajomych chirurgów, którzy w przyszpitalnej poradni za sto złotych wypisywali zaświadczenie o urazie znacznie poważniejszym i na poczekaniu tworzyli historię choroby. Wymyślali przebieg leczenia, wpisywali fikcyjne daty konsultacji. Jeśli ktoś miał tylko lekkie stłuczenie kolana, dodawali skręcenie stawu łokciowego; jeśli chorego bolało biodro, wzbogacali jego cierpienie zwichnięciem kręgosłupa szyjnego i skręceniem kolana. Z tak spreparowaną dokumentacją chory stawał przed komisją lekarską, gdzie czekał uprzedzony o wszystkim znajomy sanitariusza (jeden z trzech lekarzy orzeczników) i dopełniał formalności. Wypłata odszkodowania odbywała się jeszcze tego samego dnia w kasie towarzystwa. Były to kwoty od 1,5 do 6 tysięcy złotych. Pieniędzmi dzielono się na parkingu przed ubezpieczalnią. - Przychodził pośrednik i mówił, komu ile się należy - opowiada nasz informator. - Brał dolę dla siebie i działkę dla orzecznika. Orzecznikowi tysiąc, za pośrednictwo dwieście. Chirurdzy dostawali swoje sto złotych od razu, jeszcze przed wypłatą odszkodowania. Kiedy interes mocno się rozkręcił, o Dariuszu l. zrobiło się w mieście głośno. Numer jego telefonu komórkowego przekazywano sobie pocztą pantoflową. Dzwoniły całe rodziny. - Zrobiło mi się żal ludzi. Chciałam pomóc - tłumaczy się Marianna J., chirurg z wieloletnim stażem. - Kiedy wróciła z policji, nie umiała nawet powiedzieć, co jej zarzucono. Tak była zszokowana - opowiadają znajomi lekarki. Żal chłopaka Kiedy podejrzanych zaczęła zatrzymywać policja, na chirurgii i ortopedii zabrakło nagle lekarzy. Okazało się, że połowa medyków z oddziału chirurgii ogólnej zamieszana jest w aferę. W głosie ordynatora Janusza Wieczorka słychać wzburzenie: - Przyszedłem rano do pracy i okazato się, że nie mam z kim iść do operacji. Na ortopedii z kolei zabrakło, m.in. ordynatora. - Po cholerę mu to było? - lekarz naczelny szpitala - Andrzej Nowakowski nie kryje irytacji. Nie może zrozumieć, dlaczego taki świetny fachowiec jak ordynator Sz., tak dobrze ustawiony finansowo, dał się skusić tak marnym pieniądzom. - Pazerność? - myśli głośno Nowakowski. Po złożeniu wyjaśnień w Prokuraturze Okręgowej w Bydgoszczy większość podejrzanych wróciła do pracy. Mariannę J. wypuszczono za poręczeniem majątkowym 30 tyś. zł, Ali S. musiał wpłacić 10 tyś. zł kaucji. Uważani za najbogatszych w tym gronie, Michał M. i Artur Sz. nie musieli wpłacać ani grosza. Mimo że prokurator żądał dla każdego z nich po 3 miesiące aresztu, sąd wypuścił ich do domu, uznając, że trzymanie ich za kratkami byłoby nazbyt surowe. Za obu panów poręczył inowrocławski ksiądz. - Pacjenci mnie oszukali. Nie umiałem rozpoznać, że symulują - broni się jeden z nich. Obaj nie przyznają się do winy. Podczas prokuratorskiego przesłuchania reprezentowało ich aż 4 adwokatów. W areszcie przebywają jedynie ortopeda Jarosław K. i ratownik, dwudziestokilkuletni Marcin P - Żal mi tego chłopaka. Zdolny, pracowity. Kontynuował studia - mówi o ratowniku lekarz kierujący izbą przyjęć. Niektórzy pracownicy szpitala współczują też Jarosławowi K. Wkrótce jego kontrakt ze szpitalem straci ważność z powodu nie-świadczenia usług przez lekarza przez okres powyżej 30 dni. - Tylko jego mi szkoda z tego towarzystwa. No i Alego. To biedny chłopak z Bangladeszu, taka poczciwota - mówi znajomy Jarosława K. - Ale pieniądze brał. Przyznał się - twierdzi nasz informator. Szare żuczki Tymczasem mózg operacji - trzydziesto-paroletni Dariusz I. opuścił areszt po dwóch tygodniach na skutek apelacji wniesionej do Sądu Okręgowego. - Było widać, że żyje ponad stan - opowiada lekarz z Inowrocławia. - Zmieniał samochody, kupował modne duchy. Miał nowego volkswagena polo. - Zabezpieczyliśmy to auto - przyznaje policja. - To dobry sanitariusz, z kilkunastoletnim stażem - mówi dr Nowakowski. O całej grupie zamieszanych w aferę ma jak najlepsze zdanie. Fachowcy, sumienni, doświadczeni, żadnych skarg. Nie będzie ich łatwo zastąpić. Ordynator Wieczorek: - Wyszkolenie chirurga trwa przynajmniej 15 lat. - To szare żuczki. Mieszkają w blokach, nie mają domów jednorodzinnych, nie mają ekstrasamochodów. Poza M. i Sz. - mówi jeden z pracowników szpitala. Z całego grona wyróżnia się Artur Sz. Jego żona jest lekarzem, radną powiatu, prowadzi prywatne centrum medyczne. Nie chce rozmawiać z prasą. - Właśnie jadę samochodem. Wieczorem też nie będę miała czasu - tłumaczy wiecznie zabiegana Żyta Sz. Niedawno państwo Sz. kupili od miasta grunt niedaleko szpitala. Ponoć myślą o założeniu prywatnej kliniki. - To ludzie, którzy obracają milionami. Co temu facetowi przyszło do głowy? W czerwcu został ordynatorem - środowisko inowrocławskich lekarzy i notabli jeszcze nie może uwierzyć. - Z początku myślałem, że to pomówienia - mówi wicestarosta powiatu - Tadeusz Majewski. - Jeśli sąd potwierdzi ich winę, będziemy się musieli z nimi rozliczyć. Śmierć cywilna Na razie wszyscy wrócili do pracy, operują, udzielają porad. Pielęgniarka z izby przyjęć nadal ma dostęp do komputera, a Dariusz I. wozi pacjentów. - Nie mogę nikogo zwolnić. Mam ograniczone ruchy - tłumaczy A. Nowakowski i powołuje się na kodeks pracy. - Opinia publiczna żąda głów. Ale ja musiałbym zamknąć pól chirurgii. Wtedy by zażądano mojej głowy. Sprawą zajmie się wkrótce Bydgoska Izba Lekarska. Materiał dowodowy zostanie przekazany sądowi lekarskiemu. - Sąd będzie miał trzy możliwości: upomnienie, naganę lub pozbawienie prawa do wykonywania zawodu - mówi dr Zbigniew Petrykowski, rzecznik odpowiedzialności zawodowej BIL. Prezes BIL - Radosława Staszak-Ko-walska: - Do czasu wyjaśnienia sprawy d lekarze powinni wziąć zaległe urlopy. - Już w tym momencie to jest dla nich śmierć cywilna - uważa J. Wieczorek. Sąd, który zdecydował, by Artura Sz. i Michała M. nie zamykać w areszcie, stwierdził też, że z materiałów dowodowych wynika, iż podejrzani popełnili przestępstwo. Lekarzom oraz pośrednikom postawiono zarzuty przyjęcia korzyści majątkowej, wyłudzenia i fałszerstwa. Za p[ierwszy z czynów grozi do 8 lat wiezienia. Pacjenci będą odpowiadać za wręczenie łapówki i wyłudzenie. PIOTR SCHUTTA

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo inowroclaw.info.pl




Reklama